23.06.2010 | Mini rozmówki – mini rozumienie.
Gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych w przechodzącej transformacje ustrojową Polsce zrzucano z zachodu ludzi mających wspierać młodą demokrację w uczeniu języków zachodnich. Okno na świat miała nam otworzyć m.in. przyjeżdżająca z Nowego Jorku pani Patrycja Chapman.
Organizacja o dosyć szumnej nazwie: Armia Zbawienia wysyłała swych ochotników do wszystkich słabo rozwiniętych części świata. Drobna, niemłoda już i nie znająca obcych języków pani Patrycja weszła do pokoju osoby odpowiedzialnej za zrzut. Akurat wszystkie kraje potrzebowały pomocy po równo, więc o tym gdzie dana osoba pojedzie decydował rzut długopisem na mapę świata. Tym razem padło na Mongolię, lecz szybka ręka amerykańskiego dżentelmena niby niechcący przesunęła nieszczęsne pióro kilka centymetrów na zachód. Polska. Spragniona wrażeń i zachwycona nieskażoną kulturą wschodniego narodu, pani Chapman szczegółowo opisywała w swym dzienniku wrażenia z polskich szkół, w których dzieci zamiast hamburgerów i frytek ze szkolnego bufetu, w porze lunchu odwijały z papieru kanapki z pieczywa, które w porównaniu z amerykańskim chlebem tostowym można uznać za więzienno-obozowy chleb razowy. Pani Chapman starała się unikać miejscowych nachalnych przewodników, którymi najczęściej byli jej sprytni polscy studenci wykorzystujący jej pobyt w Polsce tylko po to by potrenować sobie język angielski. Mozolnie uczyła się języka polskiego używając w kontaktach z ludźmi, w jej średnim już wieku, najczęściej komunikacji ręcznej. Wreszcie udało jej się, zupełnie samodzielnie, załatwić zaproszenie do domu nieskażonej zachodnią cywilizacją, autentycznej rodziny polskiej, nie znającej języka angielskiego. Tak jak w przewodnikach pisało, stół uginał się od jedzenia i trzeba było założyć dyżurne kapcie. Wszyscy, odświętnie ubrani i w dobrych humorach, po krótkiej wymianie uwag i poglądów zajęli swoje miejsca za stołem. I tu nastąpiła chwila przerażenia, widocznie w rozmowie padło coś nie tak! Polacy to naród pełen uprzedzeń, wiec może zrozumieli coś inaczej i któraś nietaktowna uwaga amerykańskiego gościa dogłebnie ich poruszyła? Patrycja wyraźnie słyszała powtarzany kilkakrotnie wyraz każący jej wracać do siebie. To polskie „jedz!”, „jedz!” „no jedz!” najwyraźniej kazało jej zwijać manatki i jechać do domu, tylko dlaczego wszyscy wciąż byli tacy zadowoleni?




