BLOG

14.05.2010 | Znajomość angielskiego szkodzi!

Akurat nigdy nie oglądałem reklamy tego produktu i nie wiedząc jak spolszczono jego nazwę poszedłem do sklepu: -Poproszę „Perłul”! - Aha? Chce pan „Perłę”? - Tak! To znaczy nie, „Perłul”! - Aha, „Perwol”. Tak… to miałem na myśli.

 Dostaliśmy kiedyś zlecenie poprowadzenia kursu: język angielski w terminologii komputerowej. Nie za bardzo mi się to spodobało bo informatyk ze mnie żaden. Dosłownie, zaraz po studiach uczyłem się jak włączać komputer… Poza tym tłumaczenie ludziom oczywistych oczywistości takich jak: enter, shift, control spowodowałoby niechybnie lekki uśmiech politowania u szanownych kursantów. No właśnie kim byli uczestnicy komputerowego uniwersytetu. To przede wszystkim ludzie pracujący i powyżej 50 roku życia. Zrobiłem mały rekonesans. Wykłady odbywały się w super nowoczesnej sali komputerowej gdzie ludzie z ugruntowaną pozycją zawodową księgowych, lekarzy czy technologów ćwiczyli posługiwanie się popularnymi programami Worda, Excela itp. Nie poprawiło mi to zbytnio nastroju, gdyż właśnie na takich wykładach poznaje się przy okazji  podstawową terminologię komputerową.

Ale „do roboty”! Trochę posiedziałem w Internecie zanim zorientowałem się, że zdobycie prostego słownika terminologii komputerowej jest niemożliwe. W paru księgarniach „na żywo” przewertowałem kilka pozycji lecz i tak sprzedawcy rozkładali bezradnie ręce na moje: Nie macie czegoś prostszego? Najlepszym podręcznikiem dysponowało wydawnictwo językowe „Cambridge”, jednak obliczony on był na kilkadziesiąt godzin wykładów a ja dysponowałem kilkoma. Na szczęście na ostatnich stronach umieścili angielsko-angielski słownik podstawowych pojęć. Mogłem wreszcie wykładać w porządku alfabetycznym, co gwarantowało pewną dyscyplinę i szerszy  przekrój terminologii niż przy podejściu tematycznym. Zastanawiałem się, czego tak naprawdę mogą potrzebować profesjonaliści różnych dziedzin na kursie: język angielski w terminologii komputerowej. Otóż, ktoś mi wreszcie podpowiedział, ułatwionej komunikacji z wszechmocnymi, a nigdy nieobecnymi, panami od podłączania komputerowych kabelków, zwanych powszechnie informatykami! Idąc do sklepu spożywczego raczej nie zastanawiamy się czy poprosić sprzedawczynię o keczup czy keczap. Obie wersje będą zrozumiałe. Nie słyszałem, ale podobno niektórzy mówią na popularne spodnie marki LEVI’S -  „liwajsy” i to zupełnie z premedytacją. Tu już mogą być problemy z komunikacją, zupełnie jak na wstępie tego wpisu, gdzie opisuję swą nieprzemyślaną wizytę w sklepie chemicznym by kupić płyn do prania. Nie ma lepszego sposobu na wystawianie się na pośmiewisko niż powiedzenie do informatyka w pracy czegoś albo za bardzo po angielsku albo zupełnie po polsku. Albo pół na pół: jak w popularnych neologizmach: „hi-fi” ( wymawiane /haj fi / zamiast / haj faj / ) czy nowszym „dolby surround”, w którym nikt nie kwapi się by powiedzieć / dolbaj /.

Napisałem na tablicy CD ROM i poprosiłem wszystkich kolejno o przeczytanie: Pierwsza osoba przeczytała: si di rum, kolejne si di rum, si di rum, si di rum. Przy DVD RW zacząłem wyjaśniać skąd się wzięło „re write” itp. pisząc oczywiście wymowę przejrzyście po polsku np. / ri rajt /. Dalej poszło już gładko. Wszyscy zaczęli pilnie notować. Zwróciłem uwagę by najpierw słuchali a potem ewentualnie czynili notatki. Krótkie opowiastki rozluźniające atmosferę przychodziły same i zawsze były na temat jak ta o skandynawskim wojowniku sinozębnym, który użyczył nazwę technologii blue tooth. Spieraliśmy się czy technologia błękitnego promienia jest lepsza od zwykłego białego lasera. Wyjaśniałem skąd pochodzi słowo cell - komórka w telefonie komórkowym. I że na najnowszej maszynie czy to w szpitalu czy fabryce spotkają „display” (wyświetlacz) który wcale nie będzie chciał się komunikować z nimi w ojczystym języku. Atmosfera  tych kilku godzin była naprawdę przesympatyczna. Zauważyłem, że przy cateringu; czy to kawie, ciasteczkach czy obiedzie to panie obsługiwały bufet niezależnie od swego zawodowego statusu. Zupełnie niespotykane w pokoleniu autora tego bloga, gdzie generalnie obowiązuje zasada „weź se sam”. Oczywiście nie było mowy by w tak krótkim czasie przerobić wszystkie przygotowane przeze mnie pozycje.
Przygotowałem wszystko na bloku „flipczarta” by uczestnicy mogli odpocząć trochę od komputerów i projektorów. Pamiętam jak już po wykładzie gdy byłem zajęty pakowaniem się niektórzy spisywali pośpiesznie to czego nie zdążyliśmy przerobić.

2009 © Larson - Akademia Językowa | Tel. 0515 252 133, 0605 636 611, skype: larson.akademia.jezykowa, gg: 10681857, e-mail: info@larson.edu.pl
Wszelkie znaki handlowe użyte na tej stronie należą do ich właścicieli i pełnią tu rolę informacyjną.